Ukochane równanie profesora Yoko Ogawa

Są takie książki, które czyta się niespiesznie, delektując każdym zdaniem. To jak obserwowanie misternie skleconej konstrukcji – patrzysz na wszystko z pietyzmem i prawdziwą przyjemnością zmieszaną z podziwem. Taka jest właśnie opowieść Yoko Ogawy – „Ukochane równanie profesora”.

Literatura japońska…

kojarzy mi się z twórczością Murakamiego. Osobiście uwielbiam, jednak zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może być nieco za bardzo wymagająca, lub mówiąc wprost… odjechana. Albo inaczej – na tyle surrealistyczna, że nie do końca zjadliwa w pospiesznym czytaniu między ważnymi sprawami życia codziennego. Tak czy inaczej – miałam ochotę na coś innego, niespiesznego lecz jednocześnie będącego małą ucztą literacką.

„Ukochane równanie profesora” – wpadło w moje czytelnicze łapki zupełnie przez przypadek. I okazało się wyzwaniem większym niż się spodziewałam. Ogólnie bowiem czytam szybko- a tu- dawkowałam sobie 1 rozdział dziennie. Dlaczego? Trochę dlatego, że musiałam nadrobić braki w wiedzy matematycznej…

Zaczynając jednak od początku…

Jest to historia o relacjach między wybitnym matematykiem, zwanym Profesorem, wynajętej dla niego pomocy domowej – gospodyni i jej syna, nazwanego Pierwiastkiem. Gdy poznajemy Profesora, jest już po wypadku, przez który to ma problem z pamięcią krótkotrwałą. Jego pamięć sięga wstecz tylko do czasu kolizji drogowej. Otaczającą go rzeczywistość poznaje wciąż od nowa dokładnie co 80 minut.

Nie lubi wychodzić ze swojego domu, który jest częścią okazałej rezydencji jego szwagierki. Zarówno zużyta marynarka jak i spodnie, pokryte są karteczkami. Najważniejsza z nich mówi… twoja pamięć trwa 80 minut… Zamyka się więc w swoim świecie, gdzie królują liczby naturalne i trudne równania matematyczne do udowodnienia. Gdy w jego świat wkracza Gosposia, coś się zaczyna zmieniać… Jednak to nie jest (na szczęście) łzawa obyczajówka czy romans.

Czytając tę książkę…

trochę czułam się jak nieuk. A może inaczej, musiałam sobie przypomnieć kilka twierdzeń matematycznych, a inne, oczywiście wygooglowane, widziałam pierwszy raz na oczy. Nigdy nie patrzyłam na liczby naturalne w ten sposób. Ba, ja wcale nie zauważałam, że są tak ważne i tak niesamowicie…logiczne.

Polubiłam tu zarówno sposób narracji (całość widzimy oczami Gosposi), jak i powoli rozwijającą się akcję. I spokojnie, najbardziej dziwną rzeczą o jakiej czytamy jest… fakt, że Profesor nawet emocje ubiera we wzory matematyczne.

Podsumowując…

jeżeli szukasz książki niebanalnej, umiejscowionej silnie w kulturze japońskiej, a na dodatek opowiadającej nie tyle o ludziach, co o liczbach, to ta książka jest zdecydowanie dla Ciebie! Dla mnie była cudowną odskocznią od literatury niezbyt wysokich lotów…

ukochane rownanie profesora

(jeżeli tak jak ja, zakochana jesteś w e-bookach, to książka jest na Legimi ;D)

9 thoughts on “Ukochane równanie profesora Yoko Ogawa

  1. Totalnie czuję, że to coś dla mnie! Od dłuższego czasu się na nią zasadzam, akurat Legimi nie mam, ale mam nadzieję, że uda mi się ją upolować. Zwłaszcza, że ja jestem wielką wielbicielką liczb. 😀 No i marzy mi się odskocznia od polskiej/amerykańskiej literatury! 😉

  2. …o matko z córką! Nie przebrnęłam. I nie wiem, czy winić moją niechęć do romansów, czy do liczb? Nawet nie będę udawać, że spróbuję znów. Nie spróbuję, szkoda mojego zdrowia. Ale szanuję, że przeczytałaś i podobało Ci się.

  3. Zdecydowanie coś dla mnie, bardzo lubię powieści Murakami i innych japońskich autorów, trochę specyficzna literatura, ale pasuje do niespiesznego delektowania się każdą stroną 🙂

Leave a Reply