Historia pewnego zdjęcia – przekroczenie strefy komfortu…

Dzisiaj w historii pewnego zdjęcia będzie osobiście. W sumie myślałam o sobie, że jestem ogólnie gruboskórna. Wiesz, że pewne rzeczy po prostu mnie nie ruszają. (to, że potrafię popłakać się na bajkach, niczego nie zmienia;) Jednak… ostatnio pod wpływem impulsu właściwie, wzięłam udział w pewnym wakacyjnym kursie. I doznałam wszystkich opisywanych w podręcznikach przejawów świadczących, że przekroczyłam swoją własną osobistą strefę…

Dla przypomnienia – wewnętrzna strefa komfortu to stan, w którym czujemy się dobrze. To okoliczności, gdzie czujemy się po prostu pewnie i znajomo. Każda z nas ma swoją cienką czerwoną linię, której przekroczenie powoduje pewien dyskomfort. Czytając „Drogę Artysty…” o której pisałam już wcześniej (zobacz: Droga Artysty Jak wyzwolić w sobie twórcę Julia Cameron – recenzja), dowiedziałam się, że przekroczenie strefy komfortu powoduje pewne emocjonalne i fizyczne zawirowania. Ale nigdy bym nie przypuszczała, że poczuję je na własnej skórze.

Od początku jednak…

Bardzo dużo czytam. Sporo recenzuję, a to co pojawia się na blogu jest jedynie namiastką tego, co przechodzi przez moje czytelnicze łapki. Lubię pisać. Mam lekkie pióro i napisanie 2500 znaków nie jest dla mnie problemem. Naturalną konsekwencją jest więc fakt, że w głowie pojawiają się różne historie. Być może warte opisania. Jednak zawsze spychałam to gdzieś daleko, zasłaniając się brakiem czasu, energii, weny…(wpiszcie tu każdą możliwą wymówkę- będzie pasować)

Pewnego dnia, przez przypadek wpadłam na informację o wakacyjnej szkole pisania. W pierwszym odruchu, oczywiście zanegowałam to zupełnie. Jednak jakiś głos podpowiadał mi… Aga, spróbuj. Nauczysz się warsztatu. Zobaczysz jak pisać jeszcze lepiej. Chociażby tu, na blogu. I zaczęłam temat maglować wewnętrznie. Gdy opowiedziałam o tym mojemu M…, ten wysłuchał mnie z kamienną miną i zagroził, że jeżeli nie zapiszę się na ten kurs, to już nigdy, przenigdy nie przyniesie mi kawy do łóżka o poranku. Z takimi groźbami lepiej nie zadzierać, prawda?

Jestem po pierwszym…

z trzech spotkań. Dzień przed, moja wewnętrzna krytyczka miała pole do popisu. Że ja? Że po co, że nawet nie mam konkretnego jednego pomysłu. Skoro jednak już się zapisałam…. O wskazanej godzinie włączyłam laptopa- bo to kurs on-line. W okienkach powoli zaczynały pojawiać się kolejne uczestniczki kursu. Z minuty na minutę gdzieś moje zdenerwowanie uleciało.

Prowadząca, jedna z najbardziej poczytnych pisarek obyczajowych, w bardzo przystępny sposób odkrywała kolejne aspekty budowania bohatera i całej akcji. I wszystko było super, do momentu, gdy miałyśmy kolejne ćwiczenie – przeredagować nudną historię w coś…ciekawszego.

I się zaczęło…

Nie to, żebym miała problem z napisaniem tego. Moim zdaniem wyszedł całkiem zgrabny obraz. Może nie z gatunku obyczajowego, a raczej…bardziej z dreszczykiem. Ale zawsze. Miałyśmy to przeczytać. I poczułam, że nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu! Słuchaj, takie rzeczy raczej mi się już nie zdarzają. Ja się po prostu zacięłam. W końcu jakoś wydukałam. Dyskomfort pozostał mi jednak do końca kursu.

A po jego zakończeniu niczym fala, zalała mnie cała masa myśli. Od tego, że się wygłupiłam, po to, że ja się tam nie nadaję, aż po palącą chęć zaszycia się gdzieś, gdzie mnie nikt nie znajdzie. Do tego ucisk w żołądku i w okolicach gardła. I szczerze powiem Ci, że nigdy tak się nie czułam. Nie AŻ tak. Usiadłam w końcu sama, we względnej ciszy, przerywanej jedynie wybuchami śmiechu moich dzieci oglądających bajki. Wsłuchałam się w siebie. Badając krok po kroku- co mi jest, jak się czuję i jak reaguje moje ciało. Doszłam do jedynego słusznego wniosku…

Przekroczenie strefy komfortu…

i to na poziomie max. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek publikowała jakąś swoją historię. Nie mówiąc już o jej przeczytaniu na głos. W głowie gdzieś jeszcze łomotało mi pytanie – czy to w ogóle normalne? Czy powinnam się o siebie bać?

Odpowiedź jest tylko jedna. Obawy powinna czuć tylko moja wewnętrzna krytyczka. Czuję, że tym niepozornym w sumie wydarzeniem, jakim jest uczestnictwo w kursie pisania, poruszyłam coś, co siedzi we mnie głębiej niż wcześniej podejrzewałam. I mam ochotę sprawdzić, co będzie dalej. W najbliższą sobotę kolejne zajęcia. Nie mogę się ich już doczekać. Uzbrojona w pióro i filiżankę kawy rzecz jasna, rozprawię się ze wszystkim. Również ze swoją naruszoną strefą komfortu.

(życzcie mi powodzenia. przyda się;)

strefa komfortu

 

29 thoughts on “Historia pewnego zdjęcia – przekroczenie strefy komfortu…

  1. Cudowny mąż, a ja jestem bardzo z Ciebie dumna. Walczysz sama ze sobą i idziesz do przodu, każdy dzień przebytego kursu, to wielki sukces i już widać, ile dobra z tego wynosisz, brawo dla Ciebie. Ty się nie poddasz, a nauczysz ogrom, powodzenia Ci życzę i wierzę w to powodzenie. Pozdrawiam serdecznie, brawo i raz jeszcze brawo. :******

    1. Wysłałaś mi kiedyś swoje krótkie opowiadanie z dreszczykiem – idź tą drogą bo pamiętam, że czytało się to naprawdę dobrze 😊 trzymam kciuki!

  2. Trudna książka, mam ją i dwa razy podchodziłam do realizacji planu.Chociaż, jak się tak zastanowić… Pisanie porannych stron – praktykuję już od dawna – tyle że wieczorem 🙂 Na spacery też z sobą wychodzę często..,. nie jest źle 🙂

  3. Powodzenia na kursie! Doskonale rozumiem Twoje obawy. U mnie co prawda inny kurs, ale myśli, emocje i porzucenie strefy komfortu identyczne. Także … trzymajmy się 🙂

  4. Po pierwsze gratuluję zapisania się na kurs! Myślę, że to zacięcie się o którym wspominasz było tak naprawdę kolejną lekcją życiową a nie porażką. Gdyby wszystko nam szło gładko to byśmy szybko się nudzili i nie byłoby w tym nic ciekawego. A tak, był lekki dołek by teraz iść już tylko w górę. Powodzenia!

  5. Niezły szantaż zastosował Twój M 😁
    Oj tak ,z takimi groźbami lepiej nie zadzierać 😉
    Cóż trzymam kciuki 😘
    A taka fala myśli ,zalewa mnie za każdym razem gdy piszę post ☺
    Zdecydowanie widać że lubisz pisać – bardzo lubię czytać Twoje posty ☺
    Pozdrawiam

  6. Czesć Aga 🙂 dawno mnie nie było, wkacje, urlop ma też swoje prawa 🙂
    Muszę Ci powiedzieć ze jesteś moija idolką i lubię czytać Twoje teksty… Bardzo mnie zainspirowałaś swoim wpisem i chyba dałąś mi nim trochę do myślenia. Czytajac takie teksty jestem na siebie zła, ze nie mam czasu na takie kursy, a mi by się bardzo przydał 🙁 ja mam spory problem z pisaniem przez moj dodatkowy język którym niestety operuję więcej…
    Może zimą będzie tego czasu więcej na taki kurs 😉
    pozdrawiam z cudownej Norwegii…

  7. Odnalazłaś w sobie jakieś „żelazo”, które warto kuć, póki gorące 😉 A nuż przekujesz je w coś pięknego, co Ci potem będzie służyć na lata? Powodzenia Aguś! Wiesz, że zawsze trzymam za Ciebie kciuki 🙂

    1. Bardzo się zaciekawiłam tym kursem chociaż pewnie był podeszła do niego tak jak Ty. Masz super druga połówkę ze Cie tak zachęca! Rób to co kochasz a osiągniesz cel, pamiętaj. A piszesz bardzo dobrze, widać to już po Twoim blogu. Pozdrawiam i życzę powodzenia

  8. Trzymam za Ciebie mocno kciuki, niech kolejne zajęcia będą równie pouczające jak te pierwsze! Wychodzenie ze swojej strefy komfortu nie jest łatwe, ale warto to robić. Może nie aż do bólu, ale z drugiej strony ktoś kiedyś mówił, że rozwój zawsze wydarza się poza strefą komfortu, a rozwijać się bardzo lubisz – widać to po tym co piszesz na blogu. 😉 Powodzenia i baaaardzo zazdroszczę Ci tego kursu!

Leave a Reply