Historia pewnego zdjęcia – bachata

Pierwszy w Nowym Roku wpis z cyklu historia pewnego zdjęcia  będzie trochę bardziej…osobisty. Opowiem Wam bowiem o tym, jak całkiem niedawno przekonałam się, że nie lubię, jak ktoś wchodzi w moją strefę komfortu. No i o tym, że jestem sztywna. Nie myląc ze…sztywniarą 😉

Zaczęło się gdzieś w połowie października. M… stwierdził, że może byśmy poszli na kurs tańca. Popatrzyłam wtedy na niego w zamyśleniu…On i taniec to tak jak ja i koncert Zenona Martyniuka. Nie do końca te klimaty. A jednak. W tym przypadku zaiskrzyło bardzo pozytywnie… M…od razu wkręcił się w zajęcia i rytm. Ja jednak nie do końca. Lecz dałam sobie szansę.

Pierwsze zajęcia

to był kosmos już od rozgrzewki. Ruszaj głową w jedną stronę a poruszaj się w przeciwną. I to jeszcze do rytmu. Moje odbicie w ogromnym lustrze na sali tanecznej patrzyło na mnie z rosnącym przerażeniem i…rozbawieniem. Potem zaczęła się nauka podstawowych kroków i…rotacja!!! Na jedynym kursie tańca na którym przyszło mi być tańczyłam tylko z partnerem z którym przyszłam. A tu średnio co minutę zmiana…

Bachata

to taniec z rodziny latynoamerykańskich. Swoje korzenie ma na Dominikanie. Nazywany jest czasem takim latynoskim blusem. Ale do czego zmierzam – zapomnij o sztywnej ramie- tu króluje sensual, kołysanie biodrami, ramionami… dżizus– nie wiedziałam, że właśnie to mnie pokona. W życiu bym nie pomyślała, że jestem taka sztywna! I jeszcze jedna sprawa. Lubicie, jak obcy ludzie trzymają was za rękę?  Ja przekonałam się, że jednak jest to dla mnie dyskomfort. A tu zapomnij o jakiejś sensownej, metrowej odległości! 😉

A gdy już się z tym wszystkim jakoś oswoiłam, przyszły ostatnie zajęcia i…rolowanie. W teorii polega na tym, że jedną nogę masz z przodu, drugą z tyłu i przenosisz środek ciężkości z jednej na drugą. Tylko że robisz to w parze. Masz się płynnie przesunąć w kierunku partnera, zaczynając od torsu, przez brzuch na kolanach kończąc. A potem do tyłu. Czy muszę dodawać, że mi to kompletnie nie wychodzi?! O ile wyszłam już ze swojej skorupy dyskomfortu, to po tych zajęciach wróciłam tam z powrotem i zatrzasnęłam drzwi z impetem. 

Zaczęłam słuchać bachaty

aby wejść w rytm i oswoić się z muzyką. A że mam leksykalne spaczenie i każdą piosenkę słucham uważnie pod względem tekstu, to nauczyłam się nowych hiszpańskich słówek. Bo w prawie każdej powtarza się „no se” (nie wiem) „muerte” (śmierć) „amor” (miłość) „sufrimiento” (cierpienie), „no tengo” (nie mam) i tak dalej…

Słuchając staram się liczyć rytm. Bachata w oryginalnym wydaniu składa się z przyjemnych przez kilka minut melodii, które potem zamieniają się w skowyt kojota. Przynajmniej ja to tak odbieram. Dlatego też poszukałam sobie coverów. „Say you say me” Lionela Richie w bachatowym rytmie brzmi tak, że nie da się tego odsłuchać. Podobnie jak Roxane The Police. W połączeniu z okładkami albumów, wciąż rozbawia mnie do łez.

I wiem co powiecie 

Aga, no o co Ci chodzi! Marudzisz, średnio ci się podoba, to sobie odpuść i po sprawie! Ha, żeby to było takie proste… W takich momentach budzi się we mnie coś na kształt wojowniczki, która nie odpuści póki naprawdę nie przekona się, że nie da rady. No ja nie dam rady?! Jakiemuś tańcu? Poza tym, dzięki tym zajęciom dowiedziałam się mnóstwa rzeczy o sobie samej. Póki co, ciekawość zwycięża. 

Sami widzicie…

Jutro kolejne zajęcia. Czuję, że jeszcze Wam o nich opowiem. 

historia pewnego zdjecia la clave

 

28 thoughts on “Historia pewnego zdjęcia – bachata

    1. Haha, no może jednak jestem odrobinę uparta. Ale jak sama piszesz, taniec to forma aktywności, dobra zarówno dla pracy mózgu i serca. No i uczę się nowych rzeczy…

  1. Witam.
    Serdecznie zapraszam do mnie na kolejną odsłonę WSPÓLNEGO CZYTANIA. Mam nadzieję, że i tym razem będziemy miały szansę wspólnie podyskutować na temat danej książki.

  2. o, nie! Twój M. ma wspaniałe pomysły! mimo wieku sama bym poszła na kurs tańca. Bo nie tylko o taniec idzie. Sama zważ, ile się o sobie dowiedziałaś!

    1. Trafiłaś w punkt Czesiu! Bo tak naprawdę, to właśnie te nowe rzeczy o których się dowiedziałam, najbardziej mnie motywują aby jednak nie rezygnować z tej przygody z tańcem:)

  3. Już gdy doczytałam do słowa „rotacja” to w panikę wpadłam i moje drzwi też zatrzasnęły się z impetem. W życiu Warszawy. Za Chiny Ludowe. Nigdy, never a raczej NUNCA!

    1. Musiałam wygoglować co to znaczy nunca;)))) No, to nowe słówko na dziś już mam;) Kiedy usłyszałam „rotacja” na pierwszych zajęciach też wpadłam w lekką panikę ;]

  4. Też mam w sobie coś z tego naszego polskiego, „Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo!” Ma to plusy i minusy, ale to zawsze jakieś nowe doświadczenie – super przełamywać bariery, życzę powodzenia! 😀
    Gorąco pozdrawiam, Firewoman

Dodaj komentarz