Latte z walerianą Wanda Szymanowska

Kiedy byłam mała, chciałam zostać nauczycielką. Serio- prowadziłam dziennik, robiłam sprawdziany moim lalkom i oczywiście stawiałam oceny. Potem jednak moja ścieżka edukacyjna poszła w trochę innym kierunku- czy żałuję? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale po przeczytaniu „Latte z walerianą” już wiem że źle na tym nie wyszłam…

Kiedy chodziłam do szkoły właściwie nigdy się nie zastanawiałam jak pracuje się nauczycielom. Życie nastolatki kręci się wokół niej samej i jej spraw. Nauczyciele, postrzegani przez pryzmat sprawdzianów, ocen i ciągłych odpytywań niezwykle rzadko jawią się jako zwykli ludzie ze zwykłymi problemami.

Do głowy by mi nie przyszło, że w środowisku nauczycielskim zamiast ogólnego wsparcia może występować mobbing, wzajemne obrzucanie się botem, nepotyzm i życie w ciągłym stresie. Że liczne powiązania jednym dają fory a innym wciąż kłody pod nogi. Aż w końcu, że ci najbardziej poszkodowani lub podatni na manipulacje bedą mogli normalnie funkcjonować tylko dzięki antydepresantom albo…tytułowej walerianie.

I o tym właśnie jest ta książka, której akcja dzieje się w zapyziałym mieście, gdzie wszyscy się znają i robią ze sobą interesy. Gdzie właściwe funkcjonowanie szkoły jest zaburzone z jednej strony przez sprzedajnego i wrednego dyrektora a z drugiej przez…nadopiekuńczych rodziców, którzy przychodzą z pretensjami gdy ich dzieci dostaną ocenę niższą niż dobry plus…

Spojrzenie na cały szkolny świat z ten perspektywy było dla mnie niezłym szokiem. Pozwoliłam sobie napisać do Autorki z zapytaniem, czy przy pisaniu tej książki wplatała wątki autentyczne i czy je bardzo koloryzowała. Odpowiedź nie pozostawiła mi jednak złudzeń. Pani Wanda Szymanowska to nauczycielka z długoletnim stażem. Swoje widziała i podejrzewam, że lwia część wątków z książki wydarzyła się naprawdę.

Przyznam że „Latte z walerianą” nie powaliło mnie może ani błyskotliwą, niespodziewaną akcją ani wysublimowanym, pięknym językiem. Na pierwszy rzut oka to obyczajówka jakich w sumie wiele. Jednak temat jakiego podjęła się Autorka, ukazany od zupełnie nieznanej mi strony sprawił że właśnie o tej książce Wam opowiadam. Warto poznać historię nauczycielek Ani i Uli, aby przez chwilę spojrzeć na świat oczami nauczyciela. I nie będzie to świat widziany przez różowe okulary…

 

za egzemplarz dziękuję Pani Wandzie Szymanowskiej

Książkę tą zgłaszam do wyzwania czytelniczego u miros-de-carti.blogspot.com w kategorii „książka której akcja rozgrywa się w małym miasteczku” (20)

 

18 thoughts on “Latte z walerianą Wanda Szymanowska

  1. W rodzinie mam dwie nauczycielki plus jedną nauczycielkę wśród przyjaciół. Różne rzeczy czasem słyszę, miedzy innymi też takie, jakie opisujesz z tej książki. Jedna dziewczyna dostaje samych tzw. „trudnych” uczniów. Robi nadgodziny za innych, a dostaje płace jak normalnie. O kolesiostwie w dyrekcji też wspominała.

    A wszyscy oni generalnie chcą podwyżek, ale boją się też o uczniów…

    I ja sam często słyszę, że ze względu na moje notki oraz to, jak pomagam innym z angielskim, sam byłbym dobrym nauczycielem 😀

  2. Czytałam i również bardzo serdecznie polecam. Jest to książka, która w bardzo życiowy i autentyczny sposób pozwala spojrzeć na nie łatwy zawód nauczyciela. ?

  3. Temat ciekawy, więc chętnie przeczytam. Tym bardziej, że podobnie jak Ty też chciałam być nauczycielką, też prowadziłam dziennik i też moje życie zawodowe potoczyło się w zupełnie innym kierunku 🙂
    Pozdrawiam!

  4. Chętnie bym poznała historię nauczycielek 🙂 Też mi się kiedyś marzyło być nauczycielkom, myślałam, że to musi być bardzo łatwa i przyjemna praca dziś wiem, że tak nie jest 🙂

  5. Moja mama była nauczycielką, więc ja wcale nie chciałam iść w Jej ślady, widząc stosy prac do sprawdzenia i słuchając o tym, że to ciężka praca 🙂 na początku szkoły podstawowej chciałam zostać tancerką, a w liceum aktorką, ciągnęło mnie do zawodów artystycznych, ale oczywiście nic z tego nie wyszło 🙂

  6. Jakoś mnie dziwi opis świata nauczycielskiego. Niby dlaczego ma się różnić id innych? To samo polskie piekiełko.

  7. Też chciałam być nauczycielką i dobrze, że się tak nie stało bo obserwując teraz nauczycielki z mojej ” półki wiekowej” – żal ściska… Skończyła się jakaś epoka i myślę, że to była dobra epoka…

  8. Szkolne życie – to co opisujesz brzmi tak znajomo, że aż ciarki przechodzą… Nadopiekuńczy rodzice to ostatnio straszna fala, która co by nie mówić, odbije się koniec końców głównie na tych dzieciakach. Staram się o tym pamiętać, żeby gdy doczekam się własnego potomstwa, uczyć się na błędach. A bycie nauczycielem to koszmarnie ciężki kawałek chleba. Współczuję im zarobków, warunków pracy, społecznego niezrozumienia i tego wszystkiego o czym się nie mówi głośno. To bardzo przykre, że tak ważni ludzie w tym kraju jak lekarze czy nauczyciele zarabiają tak mało. Z drugiej strony, o mnie mówią to samo, że to okropne, że pracuję tyle godzin dziennie, poświęcam się badaniom, a nie mam szansy na podwyżkę, za to na pretensje, że powinnam być wdzięczna i po rączkach całować, że jak chcieliśmy godnie żyć to do korpo, a tutaj to żywcie się swoją pasją, to jak najbardziej. I niby też wiem, że robię to co kocham, ale daję się przy tym mocno robić w konia, a wciąż jestem pewna, że chcę to robić. Taki konflikt tragiczny.

  9. Na pewno jest w tej książce dużo prawdy. Sama nie uczę, ale nauczycielami są mój Tato, teściowie, mój mąż… Dobrze wiem, jak to wszystko wygląda „od środka”.

Dodaj komentarz